wtorek, 6 sierpnia 2013

Melancholia

   


Justine - bohaterkę "Melancholii" Larsa von Trier poznajemy jako roześmianą i szczęśliwą pannę młodą, która przyjeżdża spóźniona na swoje przyjęcie weselne. Wystawny bal w pięknej posiadłości zorganizowany jest przez jej siostrę Claire i sponsorowany przez szwagra. Ten sielankowy obraz rozpoczęcia nowej drogi życia szybko zaczyna się rozpadać i ujawniać pęknięcia, przez które prześwituje pozbawiona złudzeń rzeczywistość. Z każdą nową rysą Justine ściąga kolejne maski, by w końcu ukazać swoje prawdziwe oblicze- osoby cierpiącej na depresje-osoby niezdolnej do czerpania przyjemności z bodźców, które pozornie powinny przynieść jej szczęście. Słowo "powinny" jest tutaj słowem-kluczem. Analizując kolejne elementy układanki mające wpływ na stan psychiczny Justine łatwo dojść do wniosku, że depresja miała doskonałe warunki by wtargnąć w jej życie i przynieść nieodwracalne zniszczenie.

    Jej dzieciństwo zostało naznaczone przez rozwód rodziców, a jako młodsza z rodzeństwa odczuła to dotkliwiej, bo trudno wymagać od dzieci racjonalizowania końca świata, jaki dotąd znali. Matka wydaje się być osobą zaburzoną psychicznie i pozbawioną empatii- upija się zanim przyjęcie się zaczyna i poniża córkę w swoim przemówieniu. Pozornie "lepszy" i troskliwszy ojciec, pomimo jej usilnych próśb o rozmowę i obecność w tych trudnych chwilach, opuszcza hotel zostawiwszy jedynie lakoniczną wiadomość. Jest jeszcze Claire- poukładana, racjonalna siostra. Wydaje się, że to jedyna osoba zdolna do bezwarunkowej miłości wobec chorej siostry. Jednak to ona od samego początku oczekuje od Justine zachowań niemożliwych dla osoby cierpiącej na "chorobę duszy"- ciągłego uśmiechu, zadowolenia i zabawiania gości. Dwukrotnie wyznaje siostrze, że czuje do niej nienawiść. Źródłem tych negatywnych uczuć jest rozczarowanie - Claire wolałaby, żeby siostra była zdrowsza i szczęśliwa. To dość powszechne, by widzieć depresję jako wybór. Niewielu ludzi ma świadomość, że powiedzieć osobie chorej na depresje- "po prostu bądź zadowolony z życia" to tak jakby komuś choremu na każdą inną chorobę, jak grypa czy nowotwór- "po prostu wyzdrowiej". Nadopiekuńcza, obiektywnie lepiej radząca sobie z życiem i stawiająca niemożliwe wymagania siostra to dodatkowy bodziec, który czyni rzeczywistość Justine tak nieznośną.

  Jest jeszcze ukochany mąż, który wydaje się być największą ofiarą choroby bohaterki. Jest to człowiek kochający i wyrozumiały. Jego jedynym przewinieniem wydaje się być jego ojciec i jednocześnie szef Justine, który pod obietnicą awansu próbuje od bohaterki wymusić hasło reklamowe. W tym celu nasyła na nią praktykanta, który albo wydobędzie od niej pomysł podczas wesela albo zostanie od razu zwolniony. Michael, mąż Justine, zdaje się być daleki od bezwzględności swojego ojca. Ale mimo to porzuca Justine po nieudanym weselu i nocy poślubnej, która ujawnia problemy psychiczne ukochanej.

  "Melancholia" to doskonała analiza rozwoju depresji. Jej pierwsze stadium pozbawia złudzeń i wyostrza świadomość. To dlatego Justine nie może znieść zakłamania i obłudy świata, który ją otacza i wraz z kolejnymi bodźcami przestaje patrzeć przez różowe okulary i traci zdolność noszenia masek.

  Paradoksalnie, depresja staje się jej azylem i daje odwagę do buntu. Kiedy wychodzi od męża podczas nocy poślubnej i odbywa mechaniczny i pozbawiony emocji stosunek z prawie obcym człowiekiem, nie ma w tym cienia wyrachowania ani fałszu, który jest cechą świata wokół. Jest tylko instynkt i chociaż moralnie jest to godne potępienia, jest to o wiele łagodniejsze przewinienie niż te, które mają miejsce w jej rzeczywistości. Kiedy umysłowi nie można ufać, pozostaje instynkt. Gloryfikacja instynktów ponad rozumność sygnalizowana jest już w pierwszych kadrach filmu, kiedy oglądamy obraz Pietera Bruegla "Myśliwi w śniegu", który ukazuje ludzi kierowanych podstawowymi, prymitywnymi instynktami.

  Kompletne załamanie świata Justine- utrata pracy i męża przyczyniają się do nastąpienia ostrej fazy zaburzeń depresyjnych. Justine wchodzi w stan katatoniczny. Tylko z pomocą siostry jest w stanie funkcjonować na podstawowym poziomie- jeść, myć się, spać, mieć jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym. Ale katastrofa jest blisko. To nie jest film o końcu świata jako takim. To jest dewastująca koda do tego, co się dzieje, gdy ktoś najbliższy "zaprasza"do naszego świata śmierć. Pędząca w stronę ziemi, wyimaginowana planeta Melancholia nie jest niczym innym jak samobójstwem, które kończy udręczone depresją i nadwrażliwością życie Justine. Ale to nie jest koniec tylko jej świata. Świat rozpada się też dla jej najbliższych. Justine, niczym prerafaelicka Ofelia, na którą stylizowana jest bohaterka, tonie i zatapia wszystko wkoło ze śpiewem na ustach nie zdając sobie sprawy z tego, że jej poddanie się obłędowi doprowadza do katastrofy życie jej  i jej rodziny. To nie egoizm. To choroba, która osiąga swoje apogeum odbierając szansę na ratunek i niszcząc wszystko po drodze. W finale filmu planeta Melancholia daje na chwilę nadzieję na ocalenie, ale w ostatecznym rozrachunku nikt, kto znalazł się w jej pobliżu, nie może liczyć na łaskawość. 

niedziela, 24 marca 2013

Dzień Kobiet

 


      W latach siedemdziesiątych pojawił się w polskim filmie nurt zwany kinem moralnego niepokoju, który pokazywał bohaterów, najczęściej tzw. zwykłych obywateli, uwikłanych w  polityczne i społeczne meandry. Reżyserzy, tacy jak Feliks Falk czy Krzysztof Kieślowski obnażali mechanizmy, które sprowadzały człowieka do roli trybiku pozbawionego własnej woli i samodzielnego myślenia.

    Po upadku komunizmu zdarzały się dzieła, które w pewnych aspektach odwoływały się do tematyki i estetyki tego znakomitego nurtu. Spadkobiercą kina moralnego niepokoju jest bez wątpienia Krzysztof Krauze, zwłaszcza ze swoim " Długiem", czy też, w mniejszym stopniu- "Placem Zbawiciela". Tak naprawdę jednak kino społecznie zaangażowane nigdy nie było w Polsce tak popularne, jak w latach siedemdziesiątych. A szkoda. Postkomunistyczna rzeczywistość pełna jest tematów, które aż proszą się o przetłumaczenie ich na język filmu. Do historii znanej z pierwszych stron gazet sięgnęła Maria Sadowska w filmie "Dzień kobiet". Scenariusz filmu oparła na głośnej sprawie byłej pracownicy jednego z marketów, która wygrała proces ze swoim pracodawcą o niewypłacone nadgodziny, ujawniając przy okazji nieludzkie warunki zatrudnienia, na jakie się godziła.

    Bohaterka filmu- Halina Radwan z szeregowej pracownicy marketu "Motylek", staje się jego kierowniczką. Początkowo robi wszystko by być dobrym szefem- sprawiedliwym, przyjaznym dla swoich koleżanek. Szybko jednak przekonuje się, że aby osiągnąć dobre wyniki musi zafałszowywać ewidencje pracy i zmuszać swoje podwładne do wysiłku ponad ich możliwości. W filmie widzimy, jak działa mechanizm wywierania presji na człowieka, którego największym lękiem jest ten przed stratą pracy. Ale nie tylko Halina jest poddawana presji i straszona utratą pracy. Jej przełożony, Eryk też drży przed swoim szefem i karnie wykonuje wszystkie jego polecenia, nawet, jeśli oznacza to naginanie prawa i przekraczanie granic ludzkiej przyzwoitości. Groteskową i nieprawdopodobną jest scena, w której Eryk zmusza Halinę do otwarcia sklepu, kiedy nie zostało z niego jeszcze usunięte ciało klienta, który umarł w trakcie zakupów. Można to uznać za symbol dzisiejszych czasów- show must go on i nic nie może przerwać konsumpcjonistycznego festynu, w którym bierzemy udział każdego dnia. Halina bardzo angażuje się w rolę, jaką jej narzuca korporacja. Przychodzi jej to zadziwiająco łatwo i szybko zapomina, że przed awansem była w takiej samej sytuacji, jak koleżanki, które tracą do niej szacunek i zaufanie. W końcu dochodzi do tragedii, której konsekwencje całkowicie zmieniają życie Haliny i pozostałych pracowników "Motylka". Halina zostaje obciążona odpowiedzialnością za to, co się stało i traci nie tylko pracę, ale i najbliższą przyjaciółkę, która dotąd stała po jej stronie. Wraz z tragicznymi wydarzeniami, przychodzi przebudzenie. Bohaterka traci wszelkie złudzenia i postanawia odzyskać swoją godność przez przyznanie się do błędów, ale też wytaczając proces swojemu byłemu pracodawcy.

     Mimo wyraźnych starań reżyserki, aby stworzyć ambitny film socjologiczny, nie brak w "Dniu Kobiet" chwytów rodem z telenowel. Aby bardziej uczłowieczyć swoich bohaterów i skomplikować widzowi ich ocenę, Sadowska obdarowuje ich różnymi tragediami życiowymi. Eryk ma niepełnosprawną żonę, Halinę porzucił mąż i samotnie wychowuje córkę, koleżanka z pracy, która przez swoje picie zawala obowiązki ma umierającego męża, a jeszcze inna - po latach starań o dziecko, w końcu zachodzi w ciąże, by je stracić podczas wielogodzinnego remanentu. Jak w serialu- żaden z bohaterów nie jest tylko zły, bo los ciężko go doświadcza i to ma usprawiedliwiać niektóre podłości, których się dopuszcza. Niestety, trąci to trochę manipulacją emocjami widza. Może ten aspekt byłby jeszcze bardziej deprecjonujący, gdyby nie aktorzy. To dzięki nim wszystkie te rozczulające historie wykraczają daleko poza tani sentymentalizm obecny w scenariuszu. Niekwestionowaną "gwiazdą" jest Katarzyna Kwiatkowska- świeża, autentyczna, z niesamowitym nerwem, który powoduje, że chce się ją oglądać, ale też łatwiej zrozumieć motywy jej postępowania. Aktorka stara się zrozumieć swoją bohaterkę nawet wtedy, kiedy ta zachowuje się w sposób bezlitosny i nieludzki. I udaje jej się osiągnąć rzecz niebywałą- nadal można czuć do niej sympatię, a nawet jej współczuć. Jako Halina, Kwiatkowska pokazuje, jak wiele twarzy może mieć kobieta- wtedy, kiedy jest spragniona miłości, wtedy, kiedy walczy o zwykłą ludzką godność i zmaga się z codziennymi problemami. Halina popełnia błędy, ale też je naprawia, a do tego wszystkiego potrafi być też zabawna i ciepła. Dzięki Katarzynie Kwiatkowskiej, polskie kino na dzień kobiet otrzymało prezent w postaci kobiety z krwi i kości. Niby niewiele, ale dawno nie było w polskim kinie tak zwyczajnej i tak bliskiej rzeczywistości bohaterki. Choćby z tego powodu- warto obejrzeć film Sadowskiej. Polecam go zwłaszcza innym reżyserom- główna aktorka jest zdecydowanie niedoceniana przez kino!

poniedziałek, 4 marca 2013

Searching for Sugarman




Dokument "Searching for Sugarman" to fascynujący i wzruszający hymn o wolności. Dawno nie było w kinie takiego bohatera jak Rodriguez- utalentowanego, ale pokornego i wzbudzającego tylko pozytywne odczucia. Co jeszcze bardziej zaskakujące- nie jest on wytworem wyobraźni scenarzysty, który pragnie powołać do życia pozytywną postać niosącą pokrzepienie i nadzieję w tych niepozytywnych czasach. Sixto Rodriguez jest człowiekiem z krwi i kości, żyjącym w biednej dzielnicy Detroit. Wszystkie wielkie słowa, jakie tutaj padają są wciąż za małe, żeby oddać jego wyjątkowość zamykającą się w talencie, skromności i tak zwyczajnej, ale rzadko spotykanej- ludzkiej przyzwoitości.

O tym filmie napisano już chyba wszystko. Większość z nas słyszała nieprawdopodobną historię o muzyku, który nieświadom sławy, jaka spotkała go w dalekim kraju, żyje skromnie, pracując na budowach czy przy sprzątaniu. Brzmi to jak efekciarska opowiastka o współczesnym Kopciuszku, ale w tej historii jest o wiele więcej. Dla mnie,w życiu Rodrigueza pobrzmiewają echa kartezjańskiej filozofii wolności.

Wolność jest niejako leitmotivem w filmie. Pierwsza scena ukazuje mężczyznę słuchającego muzyki Sixto w czasie jazdy autem wzdłuż pięknego kanionu w RPA. Motyw podróży przy dźwiękach rebelianckiej muzyki, otwarta przestrzeń, jaka jej towarzyszy daje poczucie wyzwolenia i ucieczki. W czasach apartheidu twórczość tajemniczego amerykańskiego muzyka zdobywa sławę jako wzywająca do walki z wizją świata prezentowaną przez władzę i zmonopolizowane przez nią środki masowego przekazu. To piosenki Rodrigueza, takie jak  "Establishment blues", budzą w uciśnionym społeczeństwie tęsknotę za inna rzeczywistością. Pomimo nieustannych walk cenzury o usunięcie utworów Sixto z radia i świadomości obywateli, staje się on inspiracją do powstawania zespołów muzycznych, które otwarcie zaczynają krytykować rząd. Sztuka pozwala ludziom odważyć się być wolnym. Oczywiście nie należy tutaj przeceniać wartości muzyki Rodrigueza. Daleka jestem od wniosków, że muzyka potrafi obalać rządy, ale trzeba pamiętać., że nadzieja, jaką może dać często staje się przysłowiową zapałką od której płonie większy ogień.

Wracając do rozważań na temat filozofii obecnej w filmie, najsłynniejszymi słowami Kartezjusza w kwestii wolności są: "Wolność jest źródłem godności człowieka. Tylko ona stanowi podstawową rację szacunku dla samego siebie". We współczesnym kinie, nie znam innego bohatera, który byłby tak blisko tej doktryny, jak Rodriguez. Posługując się tutaj kryteriami francuskiego filozofa, bohaterowi filmu najbliżej byłoby do wolności pozytywnej, gdzie wybory determinowane są przez ich słuszność z prawdą. Prawdę rozumiem tutaj jako system wartości, który nakazuje podjęcie tej, a nie innej decyzji. Użycie słowa "determinizm" w kontekście filozofii Kartezjusza jest trochę nadużyciem, gdyż filozof poddawał w wątpliwość związki przyczynowo-skutkowe i dopuszczał istnienie przypadku. Wszystko to można bez problemu dopasować do życia bohatera dokumentu. Sukces Rodrigueza, który powinien być naturalną konsekwencją jego talentu i pracowitości, był raczej przypadkowy i niespodziewany zwłaszcza dla niego samego. Ale też- nie ma w nim żalu, rozczarowania wobec losu, że tak późno dowiedział się o statusie gwiazdy "słynniejszej od Rolling Stones" w RPA. Całe życie ciężko pracował fizycznie- przed i po wydaniu swoich płyt, ale też całe życie był artystą. Niezależnie od tego, co robił, zachowywał godność i dumę wolnego człowieka. Pięknie mówią o nim córki, którym pokazał, że niezależnie od stanu konta wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi i mamy takie same prawo do dobrego życia, przeżywania sztuki i że należy nam się wolność. Co cenne- wolność budujemy wewnątrz siebie- wtedy nikt nie jest w stanie nas jej pozbawić. Brzmi to jak truizm, ale w wydaniu Rodrigueza jest prawdziwe, bo pisane jego życiem. Zarówno jako robotnik, jak i gwiazda muzyki hołduje on tym samym zasadom i traktuje z szacunkiem drugiego człowieka. Rozbrajająca jest anegdota odpowiadająca o jego pobycie w hotelu w RPA w czasie pierwszego wielkiego koncertu. Żeby nie robić kłopotu pokojówkom, Rodriguez spał na kanapie i pozostawił sypialnie w nienaruszonym stanie bez konieczności wymiany pościeli. W epoce gwiazd i gwiazdeczek żądających kąpieli w szampanie, wydaje się to nieprawdopodobne.

Sukces tego filmu dowodzi temu, że tęsknimy za zwykłymi, dobrymi bohaterami, którzy bez skandali i rozgłosu robią to, co potrafią najlepiej i w końcu zostają za to wynagrodzeni. Może ten drugi faktor jest ważniejszy- wszyscy chcielibyśmy wierzyć, ze ciężka praca, talent i przyzwoitość prędzej czy później będą docenione. Mówiąc kolokwialnie podoba nam się to, że wygrywa ten "dobry", a nie jak często bywa ten, który ma więcej sprytu. Sądząc po oglądalności filmu, jak i sprzedaży reedycji płyt Rodrigueza, takich bajek nam trzeba. Poprawka- nie bajek, tylko rzeczywistości. 

sobota, 2 marca 2013

Nieulotne




      W jednym ze swoich najsłynniejszych opowiadań, " Pierwszym kroku w chmurach", Marek Hłasko opisuje sytuację, kiedy pierwsze, niewinne uczucie młodych ludzi zostaje brutalnie zwulgaryzowane i wyszydzone przez starszych i zgorzkniałych obserwatorów. Nie dane jest dowiedzieć się nam, czy ta miłość przetrwała, ale jednego możemy być pewni- niewinność została bezpowrotnie stracona. "Nieulotne" Borcucha idzie dalej, ukazując to, co się dzieje, gdy świat, w którym miłość ma być pielęgnowana, zostaje obarczony winą.

      Pierwsza część filmu, która skupia się na rozkwitającym uczuciu, osadzona jest w pięknych okolicznościach przyrody- słonecznych Włoszech, w których studenci- Karina i Michał spędzają wakacje. Klimat tej opowieści pełen jest ciepła i nienachalnej zmysłowości. Oglądamy raj, w którym nagość bohaterów nie tylko nie razi, ale wydaje się idealnie zintegrowana z otoczeniem.  Na ile jest to zasługa reżysera, a na ile po prostu uroku samego miejsca ciężko stwierdzić, ale bez wątpienia początek zaostrza apetyt na dobre kino. Niestety, wkrótce po tragedii, bezsensownej i trochę groteskowej, film się rozpada. Reżyser przenosi akcję do Krakowa. To miasto dawno nie wyglądało tak odpychająco: szare, brudne, niczym piekło, do którego trafiają bohaterowie. Borcuch daleki jest jednak od religijnych konotacji. Próbuje każdym kadrem oddać to, z czym zmagają się młodzi ludzie, którzy jedyne czego chcieli to żyć długo i szczęśliwie, ale po drodze potknęli się o zbrodnię. Starania reżysera są dość nieudolne. Skupia się na obrazach, które zapewne mają być nacechowane jakimiś ukrytymi znaczeniami, ale pozostają tylko efektownymi obrazami. Kiedy każe Michałowi nurkować w wannie, co ma pomóc mu oswoić się z czynem, którego dokonał, nie idzie za tym żadna refleksja. Walka o ocalenie uczucia wygląda jak przepychanka w piaskownicy, podlewana alkoholem i melancholijną muzyką. Z rozmów nic nie wynika. To tylko mówienie o tragedii, a nie jej przeżywanie. Widz nie jest w stanie poczuć empatii, współczuć bohaterom. Idealnym podsumowaniem zdystansowania widza jest scena w kawiarni, kiedy Michał mówi Karinie, o tym, co wydarzyło się przed powrotem do Polski. Widz tylko domyśla się, że tego dotyczy ich rozmowa, ponieważ może ją obserwować zza szyby kawiarni, nic nie słysząc, podglądając jedynie reakcję Kariny. W finałowej scenie stężenie emocji jest tak silne (poprzedzone podnoszącym adrenalinę wyścigiem z czasem), że powinno nastąpić wzruszenie. Ale jest tylko obojętność.

Borcuch miał ambicje. Szkoda, że starczyło tylko na formę, a do treści brakło duszy. "Nieulotne" to ciekawa wydmuszka, ale jednak wciąż tylko wydmuszka, której walory ulatują dość szybko. Może to pora dla reżysera zamienić swoją fascynację młodością na coś bardziej dojrzałego.    

wtorek, 26 lutego 2013

"Miłość" Haneke

      Na początku była muzyka. Przez pierwsze minuty filmu zagłusza ona wszystkie słowa i miejskie hałasy. Muzyka Schuberta wprowadza widza do świata bohaterów- starszego małżeństwa z Paryża. Ich mieszkanie sprawia wrażenie muzeum i jest naturalną konsekwencją w tworzeniu klimatu dla tej opowieści. Zimne wnętrza wypełnione są antykami i obrazami w bardzo klasycznym tonie. Relacja Anne i George'a stanowi swoisty kontrapunkt dla pozornego chłodu, jaki ich otacza - jest pełna troski i czułości.  W ten uporządkowany i spokojny świat wkracza tragedia- Anne dostaje wylewu i staje się zależna od męża.
Z dnia na dzień jej stan się pogarsza, aż do momentu, kiedy kobieta kompletnie traci kontakt z rzeczywistością, a jej ciało staje się ciężarem nie do zniesienia. Dla niej i otoczenia. Aż do tragicznego końca.

      Tak można streścić historię, jaką opowiada "Miłość". To ta najbardzej widzialna część, znajdująca się na "powierzchni" i łatwo zamykająca się w słowach. Jak zawsze- to, co istotne tkwi gdzieś pomiędzy.

   Film Haneke pokazuje porażkę i zwycięstwo funkcjonujące na jednej przestrzeni - w obrębie ludzkiego życia. Porażkę ponoszą sztuka i intelekt. Racjonalne podejście, jakie stara się reprezentować córka Anne nie zdaje egzaminu, bo na samym końcu sprowadza się do zadawania pytań, na które brak odpowiedzi, jak -dlaczego współczesna medycyna nie znalazła jeszcze na "to" lekarstwa.

  Jeśli chodzi o sztukę, to od wieków była jednym ze sposobów na oswajanie człowieka ze śmiercią i lękiem przed nią. Jednak muzyka nie załagodzi rozpaczy, jaka towarzyszy obserwowaniu jak ukochana osoba zmienia się pod wpływem choroby. W filmach Haneke muzyka pełni bardzo ważną funkcję. Reżyser nie redukuje jej roli do tła, ale czyni jednym z bohaterów lub językiem, gdy zawodzą tradycyjne metody komunikacji i wyrażania siebie. Kiedy choroba Anne upośledza jej mowę i myślenie, George stara się do niej dotrzeć przez śpiewanie prostych piosenek, których słowa żona w końcu zaczyna powtarzać. Ich relacja, która w dużej mierze opierała się na rozmowach, wymianie opinii, wspólnych lekturach zostaje nagle pozbawiona tych fundamentów. Do samego końca George stara się walczyć o porozumienie z chorą żoną, a scena wspólnego śpiewu wyraża jego tęsknotę za rozmowami z nią.

 Warto w tym momencie wspomnieć "Pianistkę", gdzie bohaterka nauczona przez matkę, że miłość idzie w parze z upokorzeniem i bólem, zaczyna traktować swoje ciało jak fortepian, na którym grywa i testuje jego wytrzymałość w perwersyjny sposób. Znamiennym dla Haneke jest skupienie się na cierpieniu fizycznym, które odzwierciedla to, czego kino nie jest w stanie pokazać bez popadania w banał czy pretensjonalność. Poprzez pochylenie się na nad ciałem, zwłaszcza tym obolałym, w rozpadzie, Haneke dociera do duszy.

   Bohaterowie jego filmów rzadko wyrażają emocje w sposób wylewny i bezpośredni. Ale to właśnie dzięki uczuciom mają szansę ocalić siebie. Prawdziwym zwycięstwem w "Miłości" jest... miłość.  Wszystkie czynności, często upokarzające dla Anne, jakie wiążą się z opieką nad nią, George wykonuje z niesamowitą troską i delikatnością. Nie kreuje się na bohatera. Uznaje za oczywiste to, że jest przy Anne i ją wspiera. Nie ma żalu do córki, która nie potrafi im pomóc. Jedyną realną pomoc, jaką otrzymuje- od pielęgniarek, sąsiadów, jest ta, za która zapłaci. Ale to nie jest ważne. Świat to on i Anne. I kiedy Anne przestaje już być Anne jaką zna, a cierpienie i choroba odbierają jej godność, pozwala jej odejść.

 Zanim zobaczyłam "Miłość" słyszałam opinie, że to film pesymistyczny, depresyjny. Jest w tym tylko ziarno prawdy. Smutną byłaby konkluzja, że uczucie, które pielęgnujemy całe życie może w jednej chwili zgasnąć pozostawiając po sobie pustkę nie do wypełnienia. Że kiedy zabraknie tylko tej jednej osoby to świat przestaje być przyjaznym miejscem. O ile smutniejszym byłoby nieprzeżycie takiej miłości. Film Haneke pokazuje, że ważna jest też codzienność, która wtedy ma sens, kiedy uczucie wyraża się we wspólnym śniadaniu, sprzeczkach czy ciągłym zainteresowaniu sobą. Jedną z moich ulubionych scen jest ta, kiedy George opowiada Anne o jakimś tanim, ale wzruszającym filmie, jaki widział jako młody chłopiec. Oboje są bardzo rozbawieni, a Anne jest zdziwiona, że przez tyle lat George nie opowiedział jej tej historii. Jego odpowiedź brzmi: " Jeszcze wielu rzeczy Ci o sobie nie opowiedziałem". Okazuje się, że całe życie to wciąż za mało, żeby poznać drugiego człowieka.

    Haneke nie pozostawia nas bez nadziei. Miłość okazuje się być silniejsza od śmierci. George nie musi być Orfeuszem ratującym Anne z krainy umarłych. Wymiar mityczny zostaje sprowadzony do prozaiczności. Czyli do miejsca, w którym reżyser potrafi zobaczyć magię. Wystarczy skończyć myć naczynia i pójść na wspólny spacer. Bo może jest tak, jak mawiał poeta-"ludzie umierają wtedy, kiedy o nich zapominamy".