poniedziałek, 4 marca 2013

Searching for Sugarman




Dokument "Searching for Sugarman" to fascynujący i wzruszający hymn o wolności. Dawno nie było w kinie takiego bohatera jak Rodriguez- utalentowanego, ale pokornego i wzbudzającego tylko pozytywne odczucia. Co jeszcze bardziej zaskakujące- nie jest on wytworem wyobraźni scenarzysty, który pragnie powołać do życia pozytywną postać niosącą pokrzepienie i nadzieję w tych niepozytywnych czasach. Sixto Rodriguez jest człowiekiem z krwi i kości, żyjącym w biednej dzielnicy Detroit. Wszystkie wielkie słowa, jakie tutaj padają są wciąż za małe, żeby oddać jego wyjątkowość zamykającą się w talencie, skromności i tak zwyczajnej, ale rzadko spotykanej- ludzkiej przyzwoitości.

O tym filmie napisano już chyba wszystko. Większość z nas słyszała nieprawdopodobną historię o muzyku, który nieświadom sławy, jaka spotkała go w dalekim kraju, żyje skromnie, pracując na budowach czy przy sprzątaniu. Brzmi to jak efekciarska opowiastka o współczesnym Kopciuszku, ale w tej historii jest o wiele więcej. Dla mnie,w życiu Rodrigueza pobrzmiewają echa kartezjańskiej filozofii wolności.

Wolność jest niejako leitmotivem w filmie. Pierwsza scena ukazuje mężczyznę słuchającego muzyki Sixto w czasie jazdy autem wzdłuż pięknego kanionu w RPA. Motyw podróży przy dźwiękach rebelianckiej muzyki, otwarta przestrzeń, jaka jej towarzyszy daje poczucie wyzwolenia i ucieczki. W czasach apartheidu twórczość tajemniczego amerykańskiego muzyka zdobywa sławę jako wzywająca do walki z wizją świata prezentowaną przez władzę i zmonopolizowane przez nią środki masowego przekazu. To piosenki Rodrigueza, takie jak  "Establishment blues", budzą w uciśnionym społeczeństwie tęsknotę za inna rzeczywistością. Pomimo nieustannych walk cenzury o usunięcie utworów Sixto z radia i świadomości obywateli, staje się on inspiracją do powstawania zespołów muzycznych, które otwarcie zaczynają krytykować rząd. Sztuka pozwala ludziom odważyć się być wolnym. Oczywiście nie należy tutaj przeceniać wartości muzyki Rodrigueza. Daleka jestem od wniosków, że muzyka potrafi obalać rządy, ale trzeba pamiętać., że nadzieja, jaką może dać często staje się przysłowiową zapałką od której płonie większy ogień.

Wracając do rozważań na temat filozofii obecnej w filmie, najsłynniejszymi słowami Kartezjusza w kwestii wolności są: "Wolność jest źródłem godności człowieka. Tylko ona stanowi podstawową rację szacunku dla samego siebie". We współczesnym kinie, nie znam innego bohatera, który byłby tak blisko tej doktryny, jak Rodriguez. Posługując się tutaj kryteriami francuskiego filozofa, bohaterowi filmu najbliżej byłoby do wolności pozytywnej, gdzie wybory determinowane są przez ich słuszność z prawdą. Prawdę rozumiem tutaj jako system wartości, który nakazuje podjęcie tej, a nie innej decyzji. Użycie słowa "determinizm" w kontekście filozofii Kartezjusza jest trochę nadużyciem, gdyż filozof poddawał w wątpliwość związki przyczynowo-skutkowe i dopuszczał istnienie przypadku. Wszystko to można bez problemu dopasować do życia bohatera dokumentu. Sukces Rodrigueza, który powinien być naturalną konsekwencją jego talentu i pracowitości, był raczej przypadkowy i niespodziewany zwłaszcza dla niego samego. Ale też- nie ma w nim żalu, rozczarowania wobec losu, że tak późno dowiedział się o statusie gwiazdy "słynniejszej od Rolling Stones" w RPA. Całe życie ciężko pracował fizycznie- przed i po wydaniu swoich płyt, ale też całe życie był artystą. Niezależnie od tego, co robił, zachowywał godność i dumę wolnego człowieka. Pięknie mówią o nim córki, którym pokazał, że niezależnie od stanu konta wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi i mamy takie same prawo do dobrego życia, przeżywania sztuki i że należy nam się wolność. Co cenne- wolność budujemy wewnątrz siebie- wtedy nikt nie jest w stanie nas jej pozbawić. Brzmi to jak truizm, ale w wydaniu Rodrigueza jest prawdziwe, bo pisane jego życiem. Zarówno jako robotnik, jak i gwiazda muzyki hołduje on tym samym zasadom i traktuje z szacunkiem drugiego człowieka. Rozbrajająca jest anegdota odpowiadająca o jego pobycie w hotelu w RPA w czasie pierwszego wielkiego koncertu. Żeby nie robić kłopotu pokojówkom, Rodriguez spał na kanapie i pozostawił sypialnie w nienaruszonym stanie bez konieczności wymiany pościeli. W epoce gwiazd i gwiazdeczek żądających kąpieli w szampanie, wydaje się to nieprawdopodobne.

Sukces tego filmu dowodzi temu, że tęsknimy za zwykłymi, dobrymi bohaterami, którzy bez skandali i rozgłosu robią to, co potrafią najlepiej i w końcu zostają za to wynagrodzeni. Może ten drugi faktor jest ważniejszy- wszyscy chcielibyśmy wierzyć, ze ciężka praca, talent i przyzwoitość prędzej czy później będą docenione. Mówiąc kolokwialnie podoba nam się to, że wygrywa ten "dobry", a nie jak często bywa ten, który ma więcej sprytu. Sądząc po oglądalności filmu, jak i sprzedaży reedycji płyt Rodrigueza, takich bajek nam trzeba. Poprawka- nie bajek, tylko rzeczywistości. 

2 komentarze: