W latach siedemdziesiątych pojawił się w polskim filmie nurt zwany kinem moralnego niepokoju, który pokazywał bohaterów, najczęściej tzw. zwykłych obywateli, uwikłanych w polityczne i społeczne meandry. Reżyserzy, tacy jak Feliks Falk czy Krzysztof Kieślowski obnażali mechanizmy, które sprowadzały człowieka do roli trybiku pozbawionego własnej woli i samodzielnego myślenia.
Po upadku komunizmu zdarzały się dzieła, które w pewnych aspektach odwoływały się do tematyki i estetyki tego znakomitego nurtu. Spadkobiercą kina moralnego niepokoju jest bez wątpienia Krzysztof Krauze, zwłaszcza ze swoim " Długiem", czy też, w mniejszym stopniu- "Placem Zbawiciela". Tak naprawdę jednak kino społecznie zaangażowane nigdy nie było w Polsce tak popularne, jak w latach siedemdziesiątych. A szkoda. Postkomunistyczna rzeczywistość pełna jest tematów, które aż proszą się o przetłumaczenie ich na język filmu. Do historii znanej z pierwszych stron gazet sięgnęła Maria Sadowska w filmie "Dzień kobiet". Scenariusz filmu oparła na głośnej sprawie byłej pracownicy jednego z marketów, która wygrała proces ze swoim pracodawcą o niewypłacone nadgodziny, ujawniając przy okazji nieludzkie warunki zatrudnienia, na jakie się godziła.
Bohaterka filmu- Halina Radwan z szeregowej pracownicy marketu "Motylek", staje się jego kierowniczką. Początkowo robi wszystko by być dobrym szefem- sprawiedliwym, przyjaznym dla swoich koleżanek. Szybko jednak przekonuje się, że aby osiągnąć dobre wyniki musi zafałszowywać ewidencje pracy i zmuszać swoje podwładne do wysiłku ponad ich możliwości. W filmie widzimy, jak działa mechanizm wywierania presji na człowieka, którego największym lękiem jest ten przed stratą pracy. Ale nie tylko Halina jest poddawana presji i straszona utratą pracy. Jej przełożony, Eryk też drży przed swoim szefem i karnie wykonuje wszystkie jego polecenia, nawet, jeśli oznacza to naginanie prawa i przekraczanie granic ludzkiej przyzwoitości. Groteskową i nieprawdopodobną jest scena, w której Eryk zmusza Halinę do otwarcia sklepu, kiedy nie zostało z niego jeszcze usunięte ciało klienta, który umarł w trakcie zakupów. Można to uznać za symbol dzisiejszych czasów- show must go on i nic nie może przerwać konsumpcjonistycznego festynu, w którym bierzemy udział każdego dnia. Halina bardzo angażuje się w rolę, jaką jej narzuca korporacja. Przychodzi jej to zadziwiająco łatwo i szybko zapomina, że przed awansem była w takiej samej sytuacji, jak koleżanki, które tracą do niej szacunek i zaufanie. W końcu dochodzi do tragedii, której konsekwencje całkowicie zmieniają życie Haliny i pozostałych pracowników "Motylka". Halina zostaje obciążona odpowiedzialnością za to, co się stało i traci nie tylko pracę, ale i najbliższą przyjaciółkę, która dotąd stała po jej stronie. Wraz z tragicznymi wydarzeniami, przychodzi przebudzenie. Bohaterka traci wszelkie złudzenia i postanawia odzyskać swoją godność przez przyznanie się do błędów, ale też wytaczając proces swojemu byłemu pracodawcy.
Mimo wyraźnych starań reżyserki, aby stworzyć ambitny film socjologiczny, nie brak w "Dniu Kobiet" chwytów rodem z telenowel. Aby bardziej uczłowieczyć swoich bohaterów i skomplikować widzowi ich ocenę, Sadowska obdarowuje ich różnymi tragediami życiowymi. Eryk ma niepełnosprawną żonę, Halinę porzucił mąż i samotnie wychowuje córkę, koleżanka z pracy, która przez swoje picie zawala obowiązki ma umierającego męża, a jeszcze inna - po latach starań o dziecko, w końcu zachodzi w ciąże, by je stracić podczas wielogodzinnego remanentu. Jak w serialu- żaden z bohaterów nie jest tylko zły, bo los ciężko go doświadcza i to ma usprawiedliwiać niektóre podłości, których się dopuszcza. Niestety, trąci to trochę manipulacją emocjami widza. Może ten aspekt byłby jeszcze bardziej deprecjonujący, gdyby nie aktorzy. To dzięki nim wszystkie te rozczulające historie wykraczają daleko poza tani sentymentalizm obecny w scenariuszu. Niekwestionowaną "gwiazdą" jest Katarzyna Kwiatkowska- świeża, autentyczna, z niesamowitym nerwem, który powoduje, że chce się ją oglądać, ale też łatwiej zrozumieć motywy jej postępowania. Aktorka stara się zrozumieć swoją bohaterkę nawet wtedy, kiedy ta zachowuje się w sposób bezlitosny i nieludzki. I udaje jej się osiągnąć rzecz niebywałą- nadal można czuć do niej sympatię, a nawet jej współczuć. Jako Halina, Kwiatkowska pokazuje, jak wiele twarzy może mieć kobieta- wtedy, kiedy jest spragniona miłości, wtedy, kiedy walczy o zwykłą ludzką godność i zmaga się z codziennymi problemami. Halina popełnia błędy, ale też je naprawia, a do tego wszystkiego potrafi być też zabawna i ciepła. Dzięki Katarzynie Kwiatkowskiej, polskie kino na dzień kobiet otrzymało prezent w postaci kobiety z krwi i kości. Niby niewiele, ale dawno nie było w polskim kinie tak zwyczajnej i tak bliskiej rzeczywistości bohaterki. Choćby z tego powodu- warto obejrzeć film Sadowskiej. Polecam go zwłaszcza innym reżyserom- główna aktorka jest zdecydowanie niedoceniana przez kino!

