wtorek, 26 lutego 2013

"Miłość" Haneke

      Na początku była muzyka. Przez pierwsze minuty filmu zagłusza ona wszystkie słowa i miejskie hałasy. Muzyka Schuberta wprowadza widza do świata bohaterów- starszego małżeństwa z Paryża. Ich mieszkanie sprawia wrażenie muzeum i jest naturalną konsekwencją w tworzeniu klimatu dla tej opowieści. Zimne wnętrza wypełnione są antykami i obrazami w bardzo klasycznym tonie. Relacja Anne i George'a stanowi swoisty kontrapunkt dla pozornego chłodu, jaki ich otacza - jest pełna troski i czułości.  W ten uporządkowany i spokojny świat wkracza tragedia- Anne dostaje wylewu i staje się zależna od męża.
Z dnia na dzień jej stan się pogarsza, aż do momentu, kiedy kobieta kompletnie traci kontakt z rzeczywistością, a jej ciało staje się ciężarem nie do zniesienia. Dla niej i otoczenia. Aż do tragicznego końca.

      Tak można streścić historię, jaką opowiada "Miłość". To ta najbardzej widzialna część, znajdująca się na "powierzchni" i łatwo zamykająca się w słowach. Jak zawsze- to, co istotne tkwi gdzieś pomiędzy.

   Film Haneke pokazuje porażkę i zwycięstwo funkcjonujące na jednej przestrzeni - w obrębie ludzkiego życia. Porażkę ponoszą sztuka i intelekt. Racjonalne podejście, jakie stara się reprezentować córka Anne nie zdaje egzaminu, bo na samym końcu sprowadza się do zadawania pytań, na które brak odpowiedzi, jak -dlaczego współczesna medycyna nie znalazła jeszcze na "to" lekarstwa.

  Jeśli chodzi o sztukę, to od wieków była jednym ze sposobów na oswajanie człowieka ze śmiercią i lękiem przed nią. Jednak muzyka nie załagodzi rozpaczy, jaka towarzyszy obserwowaniu jak ukochana osoba zmienia się pod wpływem choroby. W filmach Haneke muzyka pełni bardzo ważną funkcję. Reżyser nie redukuje jej roli do tła, ale czyni jednym z bohaterów lub językiem, gdy zawodzą tradycyjne metody komunikacji i wyrażania siebie. Kiedy choroba Anne upośledza jej mowę i myślenie, George stara się do niej dotrzeć przez śpiewanie prostych piosenek, których słowa żona w końcu zaczyna powtarzać. Ich relacja, która w dużej mierze opierała się na rozmowach, wymianie opinii, wspólnych lekturach zostaje nagle pozbawiona tych fundamentów. Do samego końca George stara się walczyć o porozumienie z chorą żoną, a scena wspólnego śpiewu wyraża jego tęsknotę za rozmowami z nią.

 Warto w tym momencie wspomnieć "Pianistkę", gdzie bohaterka nauczona przez matkę, że miłość idzie w parze z upokorzeniem i bólem, zaczyna traktować swoje ciało jak fortepian, na którym grywa i testuje jego wytrzymałość w perwersyjny sposób. Znamiennym dla Haneke jest skupienie się na cierpieniu fizycznym, które odzwierciedla to, czego kino nie jest w stanie pokazać bez popadania w banał czy pretensjonalność. Poprzez pochylenie się na nad ciałem, zwłaszcza tym obolałym, w rozpadzie, Haneke dociera do duszy.

   Bohaterowie jego filmów rzadko wyrażają emocje w sposób wylewny i bezpośredni. Ale to właśnie dzięki uczuciom mają szansę ocalić siebie. Prawdziwym zwycięstwem w "Miłości" jest... miłość.  Wszystkie czynności, często upokarzające dla Anne, jakie wiążą się z opieką nad nią, George wykonuje z niesamowitą troską i delikatnością. Nie kreuje się na bohatera. Uznaje za oczywiste to, że jest przy Anne i ją wspiera. Nie ma żalu do córki, która nie potrafi im pomóc. Jedyną realną pomoc, jaką otrzymuje- od pielęgniarek, sąsiadów, jest ta, za która zapłaci. Ale to nie jest ważne. Świat to on i Anne. I kiedy Anne przestaje już być Anne jaką zna, a cierpienie i choroba odbierają jej godność, pozwala jej odejść.

 Zanim zobaczyłam "Miłość" słyszałam opinie, że to film pesymistyczny, depresyjny. Jest w tym tylko ziarno prawdy. Smutną byłaby konkluzja, że uczucie, które pielęgnujemy całe życie może w jednej chwili zgasnąć pozostawiając po sobie pustkę nie do wypełnienia. Że kiedy zabraknie tylko tej jednej osoby to świat przestaje być przyjaznym miejscem. O ile smutniejszym byłoby nieprzeżycie takiej miłości. Film Haneke pokazuje, że ważna jest też codzienność, która wtedy ma sens, kiedy uczucie wyraża się we wspólnym śniadaniu, sprzeczkach czy ciągłym zainteresowaniu sobą. Jedną z moich ulubionych scen jest ta, kiedy George opowiada Anne o jakimś tanim, ale wzruszającym filmie, jaki widział jako młody chłopiec. Oboje są bardzo rozbawieni, a Anne jest zdziwiona, że przez tyle lat George nie opowiedział jej tej historii. Jego odpowiedź brzmi: " Jeszcze wielu rzeczy Ci o sobie nie opowiedziałem". Okazuje się, że całe życie to wciąż za mało, żeby poznać drugiego człowieka.

    Haneke nie pozostawia nas bez nadziei. Miłość okazuje się być silniejsza od śmierci. George nie musi być Orfeuszem ratującym Anne z krainy umarłych. Wymiar mityczny zostaje sprowadzony do prozaiczności. Czyli do miejsca, w którym reżyser potrafi zobaczyć magię. Wystarczy skończyć myć naczynia i pójść na wspólny spacer. Bo może jest tak, jak mawiał poeta-"ludzie umierają wtedy, kiedy o nich zapominamy".


  

1 komentarz:

  1. cudne....aż zachciało mi się obejrzeć :) Ruda

    OdpowiedzUsuń