Justine - bohaterkę "Melancholii" Larsa von Trier poznajemy jako roześmianą i szczęśliwą pannę młodą, która przyjeżdża spóźniona na swoje przyjęcie weselne. Wystawny bal w pięknej posiadłości zorganizowany jest przez jej siostrę Claire i sponsorowany przez szwagra. Ten sielankowy obraz rozpoczęcia nowej drogi życia szybko zaczyna się rozpadać i ujawniać pęknięcia, przez które prześwituje pozbawiona złudzeń rzeczywistość. Z każdą nową rysą Justine ściąga kolejne maski, by w końcu ukazać swoje prawdziwe oblicze- osoby cierpiącej na depresje-osoby niezdolnej do czerpania przyjemności z bodźców, które pozornie powinny przynieść jej szczęście. Słowo "powinny" jest tutaj słowem-kluczem. Analizując kolejne elementy układanki mające wpływ na stan psychiczny Justine łatwo dojść do wniosku, że depresja miała doskonałe warunki by wtargnąć w jej życie i przynieść nieodwracalne zniszczenie.
Jej dzieciństwo zostało naznaczone przez rozwód rodziców, a jako młodsza z rodzeństwa odczuła to dotkliwiej, bo trudno wymagać od dzieci racjonalizowania końca świata, jaki dotąd znali. Matka wydaje się być osobą zaburzoną psychicznie i pozbawioną empatii- upija się zanim przyjęcie się zaczyna i poniża córkę w swoim przemówieniu. Pozornie "lepszy" i troskliwszy ojciec, pomimo jej usilnych próśb o rozmowę i obecność w tych trudnych chwilach, opuszcza hotel zostawiwszy jedynie lakoniczną wiadomość. Jest jeszcze Claire- poukładana, racjonalna siostra. Wydaje się, że to jedyna osoba zdolna do bezwarunkowej miłości wobec chorej siostry. Jednak to ona od samego początku oczekuje od Justine zachowań niemożliwych dla osoby cierpiącej na "chorobę duszy"- ciągłego uśmiechu, zadowolenia i zabawiania gości. Dwukrotnie wyznaje siostrze, że czuje do niej nienawiść. Źródłem tych negatywnych uczuć jest rozczarowanie - Claire wolałaby, żeby siostra była zdrowsza i szczęśliwa. To dość powszechne, by widzieć depresję jako wybór. Niewielu ludzi ma świadomość, że powiedzieć osobie chorej na depresje- "po prostu bądź zadowolony z życia" to tak jakby komuś choremu na każdą inną chorobę, jak grypa czy nowotwór- "po prostu wyzdrowiej". Nadopiekuńcza, obiektywnie lepiej radząca sobie z życiem i stawiająca niemożliwe wymagania siostra to dodatkowy bodziec, który czyni rzeczywistość Justine tak nieznośną.
Jest jeszcze ukochany mąż, który wydaje się być największą ofiarą choroby bohaterki. Jest to człowiek kochający i wyrozumiały. Jego jedynym przewinieniem wydaje się być jego ojciec i jednocześnie szef Justine, który pod obietnicą awansu próbuje od bohaterki wymusić hasło reklamowe. W tym celu nasyła na nią praktykanta, który albo wydobędzie od niej pomysł podczas wesela albo zostanie od razu zwolniony. Michael, mąż Justine, zdaje się być daleki od bezwzględności swojego ojca. Ale mimo to porzuca Justine po nieudanym weselu i nocy poślubnej, która ujawnia problemy psychiczne ukochanej.
"Melancholia" to doskonała analiza rozwoju depresji. Jej pierwsze stadium pozbawia złudzeń i wyostrza świadomość. To dlatego Justine nie może znieść zakłamania i obłudy świata, który ją otacza i wraz z kolejnymi bodźcami przestaje patrzeć przez różowe okulary i traci zdolność noszenia masek.
Paradoksalnie, depresja staje się jej azylem i daje odwagę do buntu. Kiedy wychodzi od męża podczas nocy poślubnej i odbywa mechaniczny i pozbawiony emocji stosunek z prawie obcym człowiekiem, nie ma w tym cienia wyrachowania ani fałszu, który jest cechą świata wokół. Jest tylko instynkt i chociaż moralnie jest to godne potępienia, jest to o wiele łagodniejsze przewinienie niż te, które mają miejsce w jej rzeczywistości. Kiedy umysłowi nie można ufać, pozostaje instynkt. Gloryfikacja instynktów ponad rozumność sygnalizowana jest już w pierwszych kadrach filmu, kiedy oglądamy obraz Pietera Bruegla "Myśliwi w śniegu", który ukazuje ludzi kierowanych podstawowymi, prymitywnymi instynktami.
Kompletne załamanie świata Justine- utrata pracy i męża przyczyniają się do nastąpienia ostrej fazy zaburzeń depresyjnych. Justine wchodzi w stan katatoniczny. Tylko z pomocą siostry jest w stanie funkcjonować na podstawowym poziomie- jeść, myć się, spać, mieć jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym. Ale katastrofa jest blisko. To nie jest film o końcu świata jako takim. To jest dewastująca koda do tego, co się dzieje, gdy ktoś najbliższy "zaprasza"do naszego świata śmierć. Pędząca w stronę ziemi, wyimaginowana planeta Melancholia nie jest niczym innym jak samobójstwem, które kończy udręczone depresją i nadwrażliwością życie Justine. Ale to nie jest koniec tylko jej świata. Świat rozpada się też dla jej najbliższych. Justine, niczym prerafaelicka Ofelia, na którą stylizowana jest bohaterka, tonie i zatapia wszystko wkoło ze śpiewem na ustach nie zdając sobie sprawy z tego, że jej poddanie się obłędowi doprowadza do katastrofy życie jej i jej rodziny. To nie egoizm. To choroba, która osiąga swoje apogeum odbierając szansę na ratunek i niszcząc wszystko po drodze. W finale filmu planeta Melancholia daje na chwilę nadzieję na ocalenie, ale w ostatecznym rozrachunku nikt, kto znalazł się w jej pobliżu, nie może liczyć na łaskawość.

K**wa, a jakie to znajome...
OdpowiedzUsuńŚwietny tekst. I fajnie, że wreszcie, po długim oczekiwaniu, jest życie na blogu. :P
a to stary film i mało w nim życia ;)
Usuń